No i jestem po trzech dniach Służby Przygotowawczej. Dostałem urlop okolicznościowy ze względu na śmierć w rodzinie. Mam się stawić w jednostce 1 listopada o godz. 13. Ale po kolei…
Do Grudziądza wyruszyłem pociągiem o godz. 0.12. Wcześniej w necie skumałem się z dwoma kolesiami, którzy też jechali do Grudziądza i tym sposobem ruszyliśmy razem. Kilkanaście minut po 6 rano zameldowaliśmy się w Laskowicach Pomorskich, skąd przesiedliśmy się do szynobusu, który zawiózł nas do Grudziądza. Stamtąd do jednostki udaliśmy się z buta (jakieś 2 km), po czym na biurze przepustek odebrał nas oficer dyżurny, prowadząc nas do świetlicy. Czekaliśmy kilkanaście minut wraz z przybyłymi wcześniej ochotnikami, po czym wsiedliśmy na pakę Stara 266, udając się do miejsca przeznaczenia – miejscowości Grupa k. Grudziądza. Nawet nie wyobrażacie sobie jakie to jest wygwizdowo…
Na biurze przepustek okazałem kartę powołania, po wejściu przez bramę wiedziałem, że nie ma powrotu (choć w każdej chwili mogłem zrezygnować). Momentalnie straciłem zasięg w telefonie. Welcome to the jungle…
Udaliśmy się do jakiegoś budynku, w którym załatwiane były formalności papierowe, tam po dwugodzinnym odczekiwaniu (moje macierzyste WKU nie dopełniło formalności) telefon złapał zasięg i dostałem smsa z tragiczną wiadomością, o której pisałem na początku . Byłem gotowy zrezygnować, ale zastępca dowódcy powiedział, że puszczą mnie na pogrzeb i słowa dotrzymał. Po tej rozmowie udawałem się do kilku sal, gdzie po kolei obcięto mi włosy, zabrano ubrania cywilne, w zamian dostałem wojskowe krótkie spodenki i koszulkę oraz trampki. Cywilki schowałem do worka, który został komisyjnie zaplombowany, a ja poszedłem do łaźni, gdzie do wytarcia się po kąpieli dano mi coś w rodzaju ścierki do wycierania umytych naczyń.
Po kąpieli wytarłem się, wizyta u lekarza, która polegała na odpowiadaniu na kilka pytań w sensie czy miałem kiedyś wypadek, jakieś choroby itd., po czym zabrano nas na kompanię (można było wziąć własne przybory do toalety, portfel, telefon ale nic poza tym). Przydzielono nam pokoje, po czym udaliśmy się na stołówkę. Na śniadanie 2 parówki i bułka, oraz herbata. Po tym poszliśmy do magazynu mundurowego, gdzie wydano nam mundury, oraz pozostałe zaopatrzenie tj. dresy, majtki, skarpetki, przybory do golenia itp. Udaliśmy się do pokojów, ale od razu kazano nam je pozmieniać – zostaliśmy dobrani alfabetycznie. Dowiedziałem się, że jestem na I kompanii, w plutonie II, w I drużynie. Sale mamy 8-osobowe, więc nie ma dramatu. Jeszcze na wieczór jeden z kaprali pokazywał nam ułożenie rzeczy w szafkach, pokazywał 3 typy ścielenia łóżek i kilka innych nowinek. Koniec tego dnia to kolacja, apel dowódcy kompanii i kima, jeszcze bez capstrzyku.
Wtorek – godzina 6 rano. Śpimy – nagle z korytarza krzyk „NA KOMPANII POBUDKA, POBUDKA WSTAAAAAĆ!”. Było to dziwne, zwłaszcza dla człowieka, który budzi się na budzik mechaniczny, albo sam z siebie. No nic. Po ubraniu się w mundury szybka zbiórka w dwuszeregu, odliczanie i wyjście na śniadanie i powrót na kompanię, na której mieliśmy 3 minuty przerwy, po czym zarządzono kolejną zbiórkę i poszliśmy na apel, na którym oficjalnie powitał nas dowódca kompanii, po czym udaliśmy się na zajęcia BHP, a następnie na inne zajęcia szkoleniowe. Po nich powrót na kompanię i 10 minut na ubranie się w dresy i biegiem na WF, gdzie biegaliśmy truchtem po bieżni. Po wf-ie obiad (oczywiście w mundurach), zajęcia z musztry przygotowujące do uroczystego wręczenia broni w dniu następnym, a następnie kolacja, po którj dostaliśmy rejony do sprzątania (mi i 5 kolegom przypadł korytarz), a wieczorem capstrzyk i kima z zapowiedzą, że po pobudce mamy 10 minut na ubranie się, ogolenie i posłanie łóżek, bo o 6.20 śniadanie. Tak też było – ogoliłem się wieczorem, więc miałem trochę więcej czasu na inne rzeczy, ale tak naprawdę zaraz po posłaniu i ubraniu się w mundur było śniadanie, a po nim wyjście na plac i ostatnie ćwiczenia musztry przed wręczeniem broni. Zmarzłem, bo był przymrozek.
Po wręczeniu broni jakieś zajęcia dotyczące praw i obowiązków żołnierza, kolejne bite 2 godziny musztry, po czym załatwiłem przepustkę i udałem się do Wrocka, bo musiałem jechać na ten cholerny pogrzeb. To tyle z moich początków, byłem w sumie 3 dni, ale nie żałuję – jest to zajebista szkoła życia. Dyscyplina po podstawa, człowiek nie ma czasu iść do kibla – jest takie szybkie tempo robienia wszystkiego. Kilka osób po dwóch dniach zrezygnowało, ale ja jestem twardy i wytrwam. Jest ciężko, zwłaszcza dla osób, które przyszły z cywila i oczekiwały wakacji – a tu nie ma wakacji tylko rygor, że OJP.
W piątek puszczą wszystkich na groby i mamy wrócić w poniedziałek do 22-iej. Ja muszę wrócić do 13-ej bo przejmuję służbę na kompanii, chyba jako pierwszy z całego plutonu :). Inne sprawy: Żarcie? Niezbyt dobre. Herbata gorzka, kompot gorzki, ziemniaki niedosolone, wszystkiego cholernie mało, ale przynajmniej jeszcze trochę schudnę. Tragiczny dojazd i powrót na miejsce, brak zasięgu w telefonie, ale mam go trochę w sali, w której kimam więc jakoś mam kontakt ze światem. Jak pisałem – na razie mi się podoba i będę robił wszystko, żeby zostać w armii na dłużej. Czekam na przysięgę, która będzie miała miejsce 12 listopada.
piątek, 29 października 2010
niedziela, 24 października 2010
Gdy byłem małym chłopcem, to chciałem być żołnierzem
Cóż stało się. Dziś spędziłem ostatnia noc w domu. Idę do wojska – służba przygotowawcza 1 OSK Grudziądz. Nie – nie powaliło mnie. Mam kaprys na wojsko, więc idę. Śledźcie Facebooka, będę też na mobilnym gg. Pozdro i do zobaczenia. Zapraszam na przysięgę – info będzie na Facebooku!
wtorek, 31 sierpnia 2010
Wyjazd do Gdańska
Opisu meczu od strony sportowej nie będzie, bo to co pokazały nasze wkłady do koszulek to woła o pomstę do nieba. Opiszę sam wyjazd…
Do Gdańska udałem się z dobrym ziomkiem z Wrocławia – Kulą, oraz jego siostrą - Gosią, która debiutowała na meczu Śląska (w dodatku na wyjeździe). Docelowo chcieliśmy zacząć spokojnie pić od Poznania, a nawet Bydgoszczy, żeby Gosia spokojnie pospacerowała nad morzem i pozwiedzała z nami gdańską starówkę, ale nasz cały misterny plan spalił na panewce, bowiem tym samym pociągiem co my leciała bardzo fajna, znajoma załoga.
Generalnie w samym Gdańsku byliśmy już nieźle „potrąbieni”, zresztą już końcowe kilometry drogi sprawiły, że nasze przedziały były najgłośniejsze w całym składzie. We Wrzeszczu przejął nas gospodarz, który zabrał bagaże, zawiózł je do domu i dołączył do nas kilkadziesiąt minut później.
Oczywiście musieliśmy sobie jeszcze kupić po 2 piwka dla zabicia czasu, po czym padła komenda – jedziemy na molo w Sopocie. Nic to, że według moich informacji w Sopocie (przynajmniej kiedyś) jest/była przewaga kibiców Arki. Jedziemy w barwach. Deszcz ładnie zacina, ale po wyjściu z SKM-ki udaliśmy się na molo. Weszliśmy, porobiliśmy fotki, dopiliśmy browarki, które mieliśmy w plecakach i wracamy na pociąg ze śpiewem na ustach Śląsk i Lechia oraz trochę mniej cenzuralną pieśnią o Arce. Nagle z jakiejś knajpy wyłania się dwóch kolesi i coś zaczynają się do nas drzeć, knajpa była daleko, więc byli wtedy mocni. Ja oczywiście nieświadomy tego co robię, zacząłem się do nich drzeć „dawać ku**y! Mocni w gębie jesteście? Chodźcie do nas!”. Dzień później dowiedzieliśmy się od Micha (nasz gospodarz, że było ich ośmiu – ładnie popłynęlibyśmy…)
Dzień meczu – pospaliśmy do 10-tej, potem ruszyliśmy na plażę na Brzeźno, pochodziliśmy, pogadaliśmy, nie za bardzo chciało nam się jeść a tym bardziej pić. Do meczu czas jakoś zleciał. Sam mecz to protest kibiców Lechii, więc skończyło się na wspólnym oglądaniu spotkania bez dopingu, za to można było spokojnie pogadać ze znajomkami. Po meczyku udaliśmy się na starówkę, pozwiedzaliśmy to i owo i wróciliśmy do domu spać.
W niedzielę zrobiliśmy sobie wycieczkę po 3-mieście. Westerplatte, Stocznia Gdańska, Port w Gdyni, oczywiście Arena Bałtycka (kapitalnie wygląda), potem jeszcze troszkę nad morze i do domku na piwko.
W poniedziałek trzeba było wracać. Ponieważ pociąg odjeżdżał dopiero po 15-tej, to znowu pojechaliśmy na plażę, wypiliśmy kawę no i spokojnie wróciliśmy do Wrocławia.
Jak zawsze gościna była przednia, zawarło się nowe znajomości, wypiliśmy, pojedliśmy i szkoda, że to już koniec…
Do Gdańska udałem się z dobrym ziomkiem z Wrocławia – Kulą, oraz jego siostrą - Gosią, która debiutowała na meczu Śląska (w dodatku na wyjeździe). Docelowo chcieliśmy zacząć spokojnie pić od Poznania, a nawet Bydgoszczy, żeby Gosia spokojnie pospacerowała nad morzem i pozwiedzała z nami gdańską starówkę, ale nasz cały misterny plan spalił na panewce, bowiem tym samym pociągiem co my leciała bardzo fajna, znajoma załoga.
Generalnie w samym Gdańsku byliśmy już nieźle „potrąbieni”, zresztą już końcowe kilometry drogi sprawiły, że nasze przedziały były najgłośniejsze w całym składzie. We Wrzeszczu przejął nas gospodarz, który zabrał bagaże, zawiózł je do domu i dołączył do nas kilkadziesiąt minut później.
Oczywiście musieliśmy sobie jeszcze kupić po 2 piwka dla zabicia czasu, po czym padła komenda – jedziemy na molo w Sopocie. Nic to, że według moich informacji w Sopocie (przynajmniej kiedyś) jest/była przewaga kibiców Arki. Jedziemy w barwach. Deszcz ładnie zacina, ale po wyjściu z SKM-ki udaliśmy się na molo. Weszliśmy, porobiliśmy fotki, dopiliśmy browarki, które mieliśmy w plecakach i wracamy na pociąg ze śpiewem na ustach Śląsk i Lechia oraz trochę mniej cenzuralną pieśnią o Arce. Nagle z jakiejś knajpy wyłania się dwóch kolesi i coś zaczynają się do nas drzeć, knajpa była daleko, więc byli wtedy mocni. Ja oczywiście nieświadomy tego co robię, zacząłem się do nich drzeć „dawać ku**y! Mocni w gębie jesteście? Chodźcie do nas!”. Dzień później dowiedzieliśmy się od Micha (nasz gospodarz, że było ich ośmiu – ładnie popłynęlibyśmy…)
Dzień meczu – pospaliśmy do 10-tej, potem ruszyliśmy na plażę na Brzeźno, pochodziliśmy, pogadaliśmy, nie za bardzo chciało nam się jeść a tym bardziej pić. Do meczu czas jakoś zleciał. Sam mecz to protest kibiców Lechii, więc skończyło się na wspólnym oglądaniu spotkania bez dopingu, za to można było spokojnie pogadać ze znajomkami. Po meczyku udaliśmy się na starówkę, pozwiedzaliśmy to i owo i wróciliśmy do domu spać.
W niedzielę zrobiliśmy sobie wycieczkę po 3-mieście. Westerplatte, Stocznia Gdańska, Port w Gdyni, oczywiście Arena Bałtycka (kapitalnie wygląda), potem jeszcze troszkę nad morze i do domku na piwko.
W poniedziałek trzeba było wracać. Ponieważ pociąg odjeżdżał dopiero po 15-tej, to znowu pojechaliśmy na plażę, wypiliśmy kawę no i spokojnie wróciliśmy do Wrocławia.
Jak zawsze gościna była przednia, zawarło się nowe znajomości, wypiliśmy, pojedliśmy i szkoda, że to już koniec…
czwartek, 15 lipca 2010
mgr Aleksander Janik
W dniu 15.07.2010 zostałem magistrem Dziennikarstwa Sportowego. Na egzamin wchodziłem jako ostatni, przede mną jakaś sierota tak się denerwowała, że opuścił salę i wszedł jeszcze później, przez co czekałem i czekałem na swoją kolej. Było fajnie, tylko, że w tym garniturze w taki upał to ogólna rzeźnia. Zagadałem komisję i musieli mi przerwać. Chwila oczekiwania na korytarzu i wszedłem po wyniki. Praca: bdb. Obrona: bdb. Średnia: db+. Ocena na dyplomie: db+. Czas na doktorat ;)
piątek, 11 czerwca 2010
Nie czuję munidalu.
Przyznam się, że w ogóle nie czuję atmosfery startującego dzisiaj mundialu. Tak naprawdę to chyba mógłbym go nie oglądać, ale będę lukał "z obowiązku". Eh przyzwyczaił się człowiek do MŚ z Polakami ;)
środa, 9 czerwca 2010
27…
No i stuknęły mi kolejne urodziny. To już od 27-u lat patrzę na ten chory świat. Cóż, żyje się dalej. Wczoraj tez Polacy dostali wpierdol od Hiszpanii. 6-0, a gdyby gospodarze zagrali na serio byłoby z 12-0. Nasza obrona to dramat że OJP, Tomek Kuszczak bez szans, no ale wychowanek Śląska chyba niepotrzebnie wychodził do tej jednej z piłek… nieważne. Najbardziej szkoda chłopaka, bo znowu jakieś trolle będą po nim jeździły na portalach, a on wcale na to nie zasłużył. Odbiegając od wydarzeń boiskowych – kto wybrał Trzeciaka na eksperta? Podniecał się jakąś generacją Hiszpanów. Przecież to tylko ludzie, tacy sami jak my. A ten podniecony ich grą o mało się nie… ok., mogą to czytać małolaci. Błagam, nie bierzcie takich ludzi na mundial, ich pieprzenie zabija urok futbolu.
sobota, 8 maja 2010
Śląsku - Ty musisz wygrać ten mecz!
Idź do przodu a nie wstecz
Ta porażka idź precz
Zaraz wyjazd do Gliwic. Mam nadzieję, że wreszcie Śląsk wygra. Oby!
Ta porażka idź precz
Zaraz wyjazd do Gliwic. Mam nadzieję, że wreszcie Śląsk wygra. Oby!
piątek, 7 maja 2010
KSW 13
Nie, nie będzie o Pudzianie. Słucham sobie komentarza do KSW 13 i chciałem powiedzieć, że Łukasz "Juras" Jurkowski ma naprawdę talent do komentowania sztuk walki. Świetna dykcja, ekspresja, wiedza. Gość po zakończeniu kariery sportowej może dużo osiągnąć jako dziennikarz.
sobota, 3 kwietnia 2010
Sobota - wyjazd
Rano poszedłem do zakupy, wróciłem to mi mama podniosła ciśnienie (kurwa, ale ja nerwowy jestem), a teraz jadę do Chorzowa na mecz Śląska.
piątek, 2 kwietnia 2010
Freee
2 kwietnia…formalnie drugi dzień jestem bez pracy. Jadę jednak na pocztę, bo nie otrzymałem jeszcze świadectwa pracy. Trzeba się upomnieć, albo od razu od PIP uderzyć, bo lecą sobie jawnie w kulki. Ale jaki mam relaks…nie muszę się męczyć po naści nie godzin w robocie. OD tygodnia codziennie robię jakieś 500 pompek dziennie. Tyle co zrobiłem w tym tygodniu, to nie zrobiłem w ciągu całego życia.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
